Komputer dla każdego

Pewnie już każdy zdążył usłyszeć o planach pana Tuska, aby każdego, kto tego potrzebuje obdarzyćfree komputerem i dostępem do Internetu. Wszystko za darmo.

Plany szlachetne, jakże piękne, ale…

Sprawy finansowe: Nie wyobrażam sobie ilości pieniędzy, która będzie w stanie zrealizować te plany. Albo będzie to naprawdę ogrom pieniędzy, albo realizacja tego będzie na tyle cząstkowa, że zamiast zniwelować różnice, zwiększy je w niektórych środowiskach. Zwiększy to również (w zależności od wykorzystania) rachunki za prąd, ale to już lekkie czepianie się z mojej strony.

Sprawy techniczne: Nie bardzo wiadomo co to mają być za komputery, a raczej z jakim systemem. Domyślam się, że chodzi o Windows. I tu rodzi się problem – wirusy i inne podobne krzaczki. Osoba, która nie miała jak dotąd styczności z komputerem nie potrafi z niego korzystać, jeśli zaczną się jakieś problemy ze sprzętem bądź też z oprogramowaniem to kto pomoże? Oddajemy wtedy do serwisu bądź do znajomych. Jeśli częściej będzie się oddawało do serwisu, wtedy trzeba zatrudnić informatyków, zapłacić im i tu koszty dalej rosną. Można również zaproponować użycie systemów Linux, wtedy komputery stają się tańsze i bardziej odporne na awarie oprogramowania, ale za to musimy przeprowadzić dość trudne szkolenia. Ciekawi mnie jeszcze sprawa możliwości swobodnego korzystania ze sprzętu. Wielce prawdopodobne, że będzie to wyglądało podobnie do tego na jakich zasadach zakupywane są komputery do szkół przez Unię Europejską. Mianowicie, szkoła zobowiązuje się, że nie będzie instalowała przez bodaj pięć lat żadnych programów (chyba nawet aktualizacja systemu nie jest możliwa).

Sprawy umiejętności: Zastanawia mnie jeszcze sprawa szkoleń i co za tym idzie umiejętności, które będą posiadały osoby przeszkolone. Wiadomym jest, że w przypadku młodzieży naukę obsługi sprzętu można pominąć, bo jeśli nawet niewiele potrafią to szybko sami się tego nauczą. Jeśli zaś chodzi o osoby dorosłe (np. niepełnosprawne, którym wg zamierzeń komputery mają być rozdawane) to sprawa już się komplikuje. Z doświadczenia wiem, że zwykle na takich szkoleniach i tak mało kto czegokolwiek się nauczy. A do tego jak na takie szkolenie ma przybyć niepełnosprawny? Zapewne również trzeba zapłacić mu za przejazd.

Wariacje na temat dostawców internetu: Nie bardzo wiadomo w jaki sposób do gospodarstw domowych internet ma być podłączony. Domniemam, że przy pomocy Telekomunikacji Polskiej (udziałowcem spółki jest państwo), w takim razie rodzi się problem czy aby nie będą wspierane praktyki monopolowe. Co prawda istnieje też możliwość wykorzystania możliwości innych firm telekomunikacyjnych, ale zapewne również w tym przypadku zostanie wykorzystana linia TP. Nierealnym jest aby państwo tworzyło swoją własną platformę połączenia z Internetem.

Podsumowując: Tak jak już wcześniej napisałem, uważam ten pomysł za szlachetny, ale boję się, że w wielu przypadkach może wyniknąć z tego więcej problemów niż korzyści. A brak ujednoliconego systemu rozdawania komputerów może prowadzić do ogromnych nadużyć w samorządach.

Nie tylko o naszej-klasie

Miałem nie pisać nic na temat naszej-klasy, ale pomyślałem sobie, że skoro od dłuższego czasu wśród znajomych i otoczenia szkolnego obserwuję jak przeciętni użytkownicy Internetu z niego korzystają, to czemu nie zainteresować się tym, jak tego medium używają ludzie z pokolenia moich rodziców.

I można na tym polu zauważyć pewne prawidłowości, aczkolwiek nie ma ich za wiele.

Po pierwsze serwisy społecznościowe nie są do końca czymś, co tak naprawdę kręci ludzi w tym wieku, a przynajmniej nie w takiej formie, jaką oferuje dzisiejszy Internet. Są one raczej sposobem (lub pretekstem) do poprawy wymiany informacji w życiu realnym, służą tylko do odnalezienia czegoś, a nie do tworzenia drugiej rzeczywistości. Całkiem przeciwnie do ludzi młodych, których kręci kreowanie czegoś nowego, co z jednej strony odzwierciedla ich prawdziwe życie, a z drugiej reprezentuje ich (niedoskonałą) wyobraźnię, chęć wylansowania się.

Po drugie, trudno jest wprowadzić coś, co może zainteresować ludzi na większą skalę i w starszym wieku. Ale jeżeli już się to uda, to efekty są naprawdę ogromne. Przykładem może być tutaj mój tata, który Internetu używa chętnie, ale mało. Od czasu, kiedy usłyszał o naszej-klasie nie zaczął używać więcej, ale za to robi to całkiem inaczej – świat wirtualny zaczął zmieniać życie codzienne. To, jak teraz korzysta z Internetu coraz bardziej przypomina młodego człowieka. Trudno mi określać czy to dobrze, czy źle, czas pokaże. A jeśli ten trend zauważą i wykorzystają twórcy innych serwisów to mogą czerpać z tego naprawdę spore korzyści.

Jeśli zatem powstaną jakieś nowe serwisy skierowane do tej grupy wiekowej, to należy jednak bardziej skoncentrować się na sposobie umieszczania informacji na stronie i nawigacji po niej (niestety, ale ludzie w różnym wieku myślą różnie i nie zawsze coś oczywistego dla piętnastolatka jest czymś oczywistym dla pięćdziesięciolatka). Również należy zachęcić w jakiś sposób do publikacji pewnych treści – zauważyłem, że znajomi moich rodziców nie mają zwyczaju dołączania do swojego profilu zdjęć, za to bez większego problemu wypisują informacje o sobie, typu gdzie pracują, ile mają dzieci, itp.

Tak więc społeczeństwo się zmienia, nie da się tego zatrzymać, ani nawet jakoś bardziej świadomie uformować, co nie znaczy że mamy tylko siedzieć i przyglądać się tym wszystkim zjawiskom. Nawet jeżeli niewiele to da, trzeba jednak próbować pomagać formować się masom, które często wpadają w jakiś wir i do końca nie wiedzą co się z nimi dzieje. Należy przynajmniej pokazywać im, jak inaczej, ciekawiej, czasem też trudniej używać pewnych narzędzi, co uczyni ich bardziej świadomymi użytkownikami, a dzięki temu może poprawi świat wokół nas (user generated content).

O Windowsie i innych systemach

Dziś w szkole, siedząc na lekcji informatyki (technologii informacji) jakiejś klasy humanistycznej byłem świadkiem jak nauczycielka zapowiada kartkówkę z „Windowsów i różnic między nimi”. Trochę mnie to zaintrygowało. Bo dlaczego młodzież ma uczyć się akurat o Windowsie? Nie może być kartkówki porównującej różne rodzaje systemów, a nie ten sam? Rozumiem, że produkt Microsoftu jest standardem na naszych dyskach, ale to tak jakby w szkołach uczono tylko polskiego jako języka, tylko dlatego, że wszyscy go znają.

Z ciekawości zapytałem nauczycielki, dlaczego w naszej szkole nie ma innych systemów operacyjnych, których znajomość również może się w życiu przydać (ba! może być bardzo pomocna). Dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy.

Według pani profesor Windowsy są używane przez niemal wszystkie firmy, a szczególnie te największe, wyjątkiem są tylko specjalistyczne programy dla niektórych branży (gównoprawda chciałem rzecz, ale się powstrzymałem), miałem poszukać w sieci statystyk na ten temat, ale nie miałem czasu na lekcji. To jednak sprawa tylko i wyłącznie wiedzy nauczyciela.

Zapytałem czy jest możliwość, aby w szkole (przynajmniej profil mat-fiz-inf) również uczono obsługi innych systemów. Jest nawet specjalna akcja dotycząca popularyzacji rozwiązań open source, w której kiedyś chciałem wziąć udział. Okazało się, że komputery do mojej szkoły zostały „zasponsorowane” przez Unię Europejską i wyposażono je w oprogramowanie Microsoftu z zastrzeżeniem, że na dyskach nie wolno instalować żadnych programów. Swoją drogą, ciekawe jak się to ma do ogromnych kar przeciw spółki z Redmond, które mają na celu przeciwdziałanie praktykom monopolowym. A może wszystko zostało uregulowane poprzez przekazanie oprogramowania do Brukseli, a tam postanowili to jakoś rozdysponować? 😉

Ciekawi mnie, jak sprawa będzie wyglądać za kilka lat, czy z tych uczniów, którzy teraz muszę uczyć się różnic pomiędzy wersjami Windowsa kiedyś wyrosną ludzie, którzy będą potrafili korzystać (choćby w pracy) z Linuksa lub innego mniej znanego systemu. Szkoda, że np. Ministerstwo Edukacji Narodowej nie wpadnie na pomysł, aby nauczać o wolnym oprogramowaniu. Bo niestety, z tych młodych, niedouczonych mogą wyrosnąć ludzie, którzy wybiorą np. Windowsa, ale nie będzie to świadomy wybór, a raczej przyzwyczajenie, pomijając fakt, że będzie to piracka kopia, bo na oryginał nie będzie ich stać (skąd mogą wiedzieć, że są rzeczy darmowe).

Czego to ja szukałem?

Jakieś 3 miesiące temu, w szkole na korytarzu, natrafiłem na rozrzucone darmowe gazetki „Maturzysta”. Z racji, że za chwilę miała rozpocząć się usypiająca lekcja języka polskiego, wziąłem jeden z tych śmietków, aby mieć co robić podczas gdy inni będą usypiać w szkolnych ławkach.

Na ostatniej stronie trafiłem na krótki artykuł Marcina Wyrwała „Czego to ja szukałem?”. Autor opowiada w nim zjawisko zdefiniowane jako „wilfing”.

Wilf to skrót od „What was I looking for?” – czyli „czego to ja szukałem?”. Chodzi o to, że przykładowo uczeń szuka wiadomości na temat II wojny światowe, aby to zrobić włącza komputer w celu wpisania do wyszukiwarka google hasła „II wojna światowa”. Jednak kiedy połączy się z Internetem, dostaje wiadomość od znajomego przez gadu-gadu, w której jest link do jakiejś ciekawej strony, po jej obejrzeniu nadchodzi czas na zalogowanie się grze MMOSG, typu ogame czy plemiona, następnie wartoby spojrzeć na grono czy fotkę. Należy także sprawdzić wiadomości na onecie, wp, czy gazecie. I nagle po godzinie surfowania po sieci pojawia się pytanie „Czego to ja szukałem?”

Szczerze przyznam, że również często się na to łapię i zamiast od razu zrobić to, po co tak naprawdę usiadłem do komputera, włączam czytnik RSS, czytam wiadomości, komentuję przeczytane blogi; czasem dochodzi do takich skrajności, że wyłączam komputer i dopiero po tym przypomina mi się to, co miałem zrobić.

Z jednej strony to źle, bo faktycznie nie robimy tego, co powinniśmy, ale z drugiej warto się zastanowić, że przecież przyswajamy tak ogromną ilość wiedzy, a przy tym świetnie się bawimy.

Ogólny wpływ tego zjawiska na ludzi jest trudny do ustalenia, bo nie zawsze treści przypadkowe napotkane przy wilfingu są dobre. Jeden się przy tym rozwija, a drugi bezmyślnie traci czas.

Jest jeszcze jedna strona medalu: „Z przeprowadzonego w Wielkiej Brytanii sondażu wynika, że 25 procent spośród 34 milionów internautów w tym kraju uprawia wilfing przez jedną trzecią część czasu spędzonego w Internecie, co w przypadku firm przekłada się na dwa pełne dni pracy w miesiącu.” O badaniach pisano skrótowo m.in. w portalu gazeta.pl i nie tylko.

Blog Day

Dziś jest 31 sierpień, Blog Day. Jakiś zbieg okoliczności polegający na zmniejszeniu ilości zadań do wykonania dzisiejszego dnia pozwolił mi zająć się sprawami wirtualnymi, a z racji, że dziś mamy dzień blogów to postaram się coś na ten temat napisać.

Pierwszym blogiem, który czytam od jakiegoś czasu to Kazania i homilie prowadzony przez mieszkającego za granicą wykładowcę filozofii (takie informacje wyszperałem w sieci). Blog ten kierowany jest do ludzi wierzących i zastanawiających się nad swoją wiarą, prezentuje czytania na święta kościelne i kazania lub homilie do nich. Na co dzień wpisy są dość krótkie, ale zmuszające do przemyśleń. Choć często treści przedstawiane tam nie trafiają w mój gust (przypadki trącania o politykę) , to od jakiegoś czasu czytam każdy wpis i większość komentarzy. Blog jest aktualizowany bardzo często, czasem nawet dwa razy dziennie. Autor prowadzi oddzielną stronę internetową, z której pochodzi większość wpisów, tzn. pojawiają się równolegle.

Innym blogiem, znanym, bo komercyjnym, ale interesującym jest Grrr.pl. Autorzy bloga codziennie prezentują nowości i różne ciekawe informacje dotyczące gier i sprzętu do grania. Jest też ciągle zmieniająca się sonda oraz zestawienia gier w różnorodnych zestawach tematycznych, np. najlepsze gry edukacyjne. Choć większość wpisów jest dla mnie nieistotna (mało gier mnie interesuję, a jeszcze mniej gram), to zwykle raz dziennie jest coś dla mnie.

Teraz czas na blog o tematyce zbliżonej do mojej. iZbieractwo to blog prowadzony przez mojego przyjaciela, Radka. Zdobył on już spore grono czytelników ze względu na wartościowe teksty łączące socjologię ze światem Internetu. Niedawno (dziś rano) blog został przeniesiony z serwera WordPress na własny, przez co mam nadzieję jeszcze bardziej się rozwinie.

I tutaj zaczynają się schody (były już wcześniej, ale tym razem wyższy stopień). Cała akcja ma na celu zaprezentowanie pięciu blogów, które są dla nas jakieś szczególne. Problem w tym, że takich blogów jest albo za wiele, albo za mało i niestety listę muszę zamknąć (chyba, że coś do końca dnia mi się przypomni). Mógłbym tu wymienić jeszcze: Antymatrix, blog Nicholasa Carra, Piśmienidło, experymenty informatyczne, net to, Web 2.0, Kultura 2.0, Webstop, Zaniosłem buty do szewca, socjologia Internetu, Media Café Polska, AntyWeb, Supergigant, zapach wiatru, Planetes, (kolejność przypadkowa, lista niekompletna).

Jakość społeczności onetu.

Pamiętacie jak niedawno w wywiadzie z prezesem onet.pl padło jakieś stwierdzenie o wysokiej jakości treści w portalu? Dla mnie był to dowcip roku, ale co tam, są różne gusta, ale to, co dziś zobaczyłem czytając wiadomości, wywołało u mnie uśmiech na twarzy, lecz już nie z rozbawienia, ale raczej irytacji.

Oto sonda, jaką przeprowadzają redaktorzy onetu:

Jak widać, wybrałem Jasia Śmietanę i prawie wygrałem, bo pierwsze miejsce zajęło brak zainteresowania, czyli ostatni punkt, a to pozwala zachować choć trochę nadziei na jakieś przejawy mądrości w społeczności użytkowników tego portalu.

Krótki wpis pisany podczas przerwy w pracy, jeżeli kogoś interesuje tekst „Kim, do cholery, jest czuly wojtek?”, to zapraszam tutaj.

Dziś w nocy ilość wejść na ten blog przekroczyła 1000, ale szacuję, że jedynie 5% to wejścia celowe.

Łukaszenka „kończy z anarchią w Internecie”

Znam tyrana z czarnym wąsem
Który bardzo lubi sport
Gra w hokeja i w siatkówkę
Czasem lubi pójść na kort
Rzuca kulą w opozycję
W dumie skrada się jak kot
Ceni lekką atletykę
Bo ukochał sierp i młot
Ekonomii zna tajniki
Prymus z kołchozowych szkół
On nie lubi czytać gazet
Nienawidzi słowa „ZUBR”
Możesz dostać tęgi wpierdol
Kiedy śpiewasz tak jak ja
Wolność w policyjnym kraju
Dyktatura w cieniu krat

Dziś do tekstu zespołu Big Cyc „Dyktator” możemy dopisać „chce się rządzić Internetem”.

Zanosiło się na to od wielu miesięcy, teraz już oficjalnie wiadomo – prezydent Białorusi, lewa ręka Rosji zamierza wzorem Chin zaostrzyć cenzurę treści prezentowanych w sieci. Z jednej strony będzie to znaczny krok w stronę ograniczenia wolności słowa, ale z drugiej ilość informacji przekazywanej przez Internet jest tak ogromna, że nie wiem w jaki sposób pan Łukaszenka chce tego dokonać.dyktator

Cytując za onetem:

Białoruski prezydent jest zdania, że „trzeba przyjąć ustawę określającą zasady działania elektronicznych środków masowego przekazu”. „Nie będziemy tu prekursorami, taka praktyka istnieje już w wielu państwach” – podkreślił Łukaszenka.

Przed wyborami prezydenckimi z 2006 roku przez białoruski Internet przemknęła pogłoska o zakupie w Chinach sprzętu do filtracji Internetu. Władze zapewniły wówczas, że żadnego sprzętu w Chinach nie kupowały.

Zastanawia mnie czasem dlaczego niektórzy ludzie są tak chorzy, że robią takie rzeczy jak Alaksandr, a są niestety i gorsi.

Gadu-Gadu dąży do zmonopolizowania rynku.

Od dłuższego już czasu zdążyliśmy nasłuchać się wiele na temat czego to twórcy gadu-gadu nie wymyślili. Na początku był wyłączający się komunikator, długo go poprawiali, później wprowadzali kolejne nowości, można było dzwonić, smsować, potem dodano specjalne gadu-radio (wielu ono zachwycało, wielu nadal zachwyca), wypuszczano nowe wersje (ponoć miały się rzadziej wyłączać bez powodu). A w lutym tego roku Gadu-Gadu jako spółka akcyjna zadebiutowało na giełdzie. Ponoć od tego czasu, na sprzedaży akcji zarobili prawie 40 mln zł, a wszystkie te pieniądze planują przeznaczyć na wykupywanie coraz to różniejszych serwisów i innych przydatności internetowych. Wiadomo, że wykupiono już blipa, naukę.pl, fora.pl, pewnie coś jeszcze, ale mi umknęło, a wczotaj przyszła oficjalna informacja (zapowiadana od jakiegoś czasu), że znów przypomnieli sobie, że mają coś takiego jak komunikator, tzn. zakupiono projekt gier online do zabawy przez komunikator – frajdek.

dostępny w gg

Jak czytamy w komunikacie: „Frajdek to oprogramowanie dla komunikatorów, które pozwala w prosty sposób zagrać ze swoimi znajomymi w jedną z popularnych gier zręcznościowych i karcianych (szachy, warcaby, bilard, Pan). Program bazuje na protokole Jabber oraz sieci publicznych serwerów. Gry posiadają trójwymiarowy, naturalny wygląd- są jeszcze w fazie testowej.”

bilard

Co to może oznaczać? Dla rynku jest to ostrzeżenie, że gadu-gadu chce zawładnąć rynkiem wirtualnym w Polsce (choć dla twórców nowych serwisów to nic złego, bo przecież warto mieć sponsora ;)). Dla użytkowników znaczy to wiele: Z jednej strony sporo ludzi będzie wolało pograć bezpośrednio przez komunikator ze znajomym, bez wchodzenia na kurnik, czy inne gry-online, ale z drugiej może to oznaczać (choć nie musi) kolejne błędy w aplikacji, kolejne bannery reklamowe i wiele innych problemów w jeszcze niezbadanych strefach.

A jak na to patrzeć ze względu na przyszłość polskiej sieci? Na użytkowników takich jak ja pewnie to ani trochę nie wpłynie, ale biorąc pod uwagę pewną dość dużą grupę osób w przedziale wieku 12-19 z przewagą płci żeńskiej, dla której większości Internet składa się z komunikatora, grona, fotki i od święta YouTube’a może to oznaczać: 1. rozwój możliwości poprzez poznanie, że można grać w trybie multiplayer; 2. dla osób, które grają już w cokolwiek, zamknięcie się w komunikatorze (jeszcze żeby wymyślili jakąś przeglądarkę zdjęć z fotka.pl byliby w siódmym niebie i nie musieliby używać już Internet Explorera).

Ostatniego akapitu wcale nie należy odczytywać z przymrużeniem oka, bo naprawdę jest wiele osób które może spotkać wyżej wymieniony problem. To co dla jednych jest zyskiem dla innych może stać się stratą. A nam (jeżeli nadal używamy tego komunikatora) należy liczyć, że program znacznie zwiększy zajmowaną przez siebie przestrzeń na dysku, dodane zostaną jakieś przyciski zwiększające okno oraz opcjonalnie będziemy sobie mogli z kimś pograć w warcaby.

A miało być tak pięknie… czyli problemy w popularności blipa.

Dziś, jak już pewnie sporo osób wie (dzięki blipowi) miałem imprezę rodzinną, na której jak co roku przybyły moje siostry cioteczne. I jak to co roku troszkę czasu spędziliśmy przy komputerze.

Jedna z sióstr: – A co to?

– Blip – ja.

– A na czym to polega?

– Coś w rodzaju komunikatora – ja (nikt mnie nie słyszy, choć powiedziałem głośno).
-Takie głupie – druga siostra (zarejestrowana i od czasu do czasu w miarę korzysta).

– A na czym to polega?

– Coś w rodzaju komunikatora – ja (kolejny raz nikt mnie nie słyszy, choć powiedziałem głośno).

– Takie bez sensu, tylko czas się traci – zarejestrowana siostra.

– Mogę ci wysłać zaproszenie – znowu jakby nikt mnie nie słyszy.

– To jest taki serwis bez sensu, gorsze od grona i w ogóle – znów ta siostra na anty.

– A na tym gronie jest jakiś blimp czy coś, to to samo? – pierwsza siostra, niezorientowana.

– Nie, ale z tamtego nie korzystam, bo też głupie. – znów ta na anty.

Blip

No i tu według mnie pojawia się niemały problem dla rozwoju serwisu i społeczności blipa. Bo bez odpowiedniego wzrostu popularności serwis rozwijać się dalej nie może, a jest mi w nim bardzo dobrze. Zazwyczaj społeczność w web2.0 zawiązuje się bardzo prosto – tworzy się serwis, zaprasza ludzi, a ci sami rozkręcają interes, jedynym problemem technicznym jest stworzenie czegoś takiego, aby było praktyczne i dobrze wykonane. Z blipem nie jest już tak łatwo, serwis jest bardzo praktyczny, a wykonanie jeszcze lepsze, problem zaczyna się gdzieś indziej, społeczeństwo reaguje na to różnie. O ile grupa korzystająca jest dobrze zgrana, wszyscy się kochają ;), grono użytkowników się rozszerza to nadal zauważam, że jest to pewne towarzystwo elitarne, czyli osoby testujące od początku (widzące korzyści) plus niektóre osoby docierające później (także widzące korzyści).

Jak widać po wyżej przedstawionym dialogu oraz stosunku liczby osób, którym wysłałem zaproszenia, przyjęły je, a którzy korzystają z serwisu, można stwierdzić, że w Polsce nie ma zbyt dużego zapotrzebowania na twitteropodobne pomysły, a przynajmniej w tym czasie. Chociaż istnieje jeszcze jeden aspekt małej popularności blipa, a mianowicie świńska działalność grono.net (którego nawet nie mam ochoty linkować). Otóż nie wiem czy wszyscy wiedzą, że kiedy powstawał blip, wtedy to grono postanowiło wyprzedzić działania jego twórców i stworzyć coś „podobnego”, podobnym się to stało, ale tylko z nazwy, ale swój cel chyba spełniło, tzn. ludzie zaczęli sądzić (albo dopiero zaczną, kiedy przyjdzie czas otwarcia dla mas), że to blip jest klonem gronowego blimpa, a nie na odwrót.

Osobiście wolę, aby blip pozostał w stopniu swojego rozwoju na takim stopniu, na jakim jest, bo czuję się dobrze w tej (już nie) małej społeczności, ale dla dobra serwisu, jego twórców i spółki Gad-Gadu S.A. lepiej byłoby, aby się powiększał i zaczął wreszcie na siebie zarabiać. Wiadomym jest, że właściciel ma jeszcze asa w rękawie w postaci komunikatora, który zawsze przyciągnie jakąś ilość użytkowników, ale czy tak dobry serwis musi być skazany na taką niechcianą reklamę? A o ile mnie pamięć nie myli to grono czy epuls aż tak zmasowanej akcji do wypromowania się nie potrzebowały.

Tak całkiem od siebie życzę serwisowi jak najlepiej i życzę mu jak najlepszej formy rozwoju, ale zastanawia mnie bardzo, czy śmiercionośne komercyjne pomysły grona nie odbiją się na znacznie lepiej zrobionych serwisach i nie hamują rozwoju polskiego internetu.

Teraz idę spać, bo jestem zmęczony po imprezie, bardzo prawdopodobne, że w tekście są błędy, ale nie tyle ortograficzne, co stylistyczne, lub po prostu coś sie gorzej czyta. Jeżeli coś takiego zauważycie proszę o informacje w komentarzach. Jak zwykle nie ująłem tego tak, jak miałem to zrobić, o wielu rzeczach nie napisałem. Dobranoc.

Realne życie wirtualne

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, żeby grę komputerową uczynić swoim drugim życiem? I nie chodzi tu o jakiekolwiek uzależnienie czy podobne zdziwaczenie charakteryzujące innych od nas Azjatów. Świat wirtualny może już nie tylko stanowić możliwość rozrywki, ale służyć do zawierania znajomości, czy bogacenia się. Zapewne nie raz słyszeliście o symulatorze życia Second Life, czy grze World of Warcraft i na pewno wiecie dużo aż do znudzenia o  możliwościach, które te i wiele innych programów posiadają. Jednak ciągle w naszym kraju mało kto wie coś oprócz danych orientacyjnych, rzadko kto korzysta z tego typu aplikacji.

W latach 80. XX wieku uważano, że gry komputerowe alienują graczy z prawdziwego świata, a zatopienie się w cyfrowych perypetiach i tworzenie jakiejś alternatywnej rzeczywistości powoduje rozpad społecznych więzi. Dzisiaj coraz częściej mówi się, że rzeczywistość tworzona w grach jest przedłużeniem realnego świata.

A wszystko to przez wymyślone w latach 90. gry sieciowe, które nie tylko pozawalają na komunikację pomiędzy graczami, ale (co szczególnie widać w ostatnich latach) wręcz jej wymagają. Komunikacja bowiem jest potrzebna do realizacji różnego typu celów, których nie dałoby się wykonać w pojedynkę.

Ale nie tylko o ten sposób komunikacji w dzisiejszych grach chodzi. Osoby grające w te same gry łączą się w swego rodzaju społeczności, które są powiązane ze sobą w podobny sposób jak w świecie realnym. Poniżej powszechnie znany schemat przedstawiający części składowe społeczeństwa (świata) w grach:

Tak samo jak w klasycznym społeczeństwie mamy jednostkę (gracza), grupy (w grze gildie, gangi, sojusze, etc.; w realnym życiu praca, szkoła, znajomi, stowarzyszenia), a wszystko to możemy dzielić w niemal nieskończoność na inne grupy (w grze nie do końca tak jest), całość zawiera się w świeci, czyli wszystkich graczach lub wszystkich ludziach.

Wiadome jest, że takie zależności są niekompletne, bo o ile świat jest nieskończony to gra, choćby nie wiadomo jak rozbudowana jest jednak bardzo ograniczona.

Należy się jeszcze zastanowić czy trwanie w społeczności takiej gry może nieść nam jakiekolwiek korzyści poza rozrywką.

I tu pojawiają się różne sposoby rozumienia korzyści. Pierwszą z nich mogą być wyżej wymienione znajomości. Z pozoru może się wydawać, że mało kto będzie chciał się z kimkolwiek w takiej społeczności dokładniej poznawać, ale w praktyce wszystko wychodzi całkiem inaczej. I tak znane są przypadki ekstremalne, czyli osób, które poznały się np. w świecie World of Warcraft i teraz są razem nawet w związku małżeńskim, ale także niemal każdy gracz z niektórymi poznanymi przez siebie osobami z sieci kontynuuje znajomości dalej, nawet lata po ukończeniu gry.

Ekonomia

Również bardzo ważną korzyścią (choć niekoniecznie) jest możliwość zarabiania za pomocą tego typu aplikacji. I tu parę statystyk:

  • Amerykański rynek gier komputerowych przynosi już więcej pieniędzy, niż hollywoodzkie wytwórnie filmowe na sprzedaży kinowych biletów. W 2004 roku (kiedy to było?) obroty przemysłu gier przekroczyły 10,5 mld dolarów, a 7,7mld zarobiono na sprzedaży gadżetów z nimi związanych.
  • Według badań w samych Stanach jest aż 177mln graczy, średnia ich wieku to 30 lat, co czwarty przekroczył czterdziestkę, a co trzeci jest kobietą.
  • Anshe Chung zajmująca się obrotem wirtualnych nieruchomości w Second Life zarobiła w 30 miesięcy 2 miliony dolarów.
  • Tzw. chińscy farmerzy grają w World of Warcraft nie dla rozrywki, ale dla pieniędzy, w systemie dwuzmianowym, po 12 godzin, jak w fabryce, zdobywają wirtualne przedmioty i sprzedają bardzo tanio w serwisie eBay, niszcząc przy tym ekonomię wirtualnego świata. Jest to zjawisko bardzo podobne do prawdziwego rynku, gdzie również Chińczycy psują rynek tanim i często kiepskim towarem.

A co na to Polska? Na oficjalnym serwerze WoW jest zarejestrowanych ponad 30 tysięcy polskich użytkowników (dane z początku roku), wystarczy spojrzeć tu, by zobaczyć, że u nas nie ma to żadnego znaczenia (choć ceny wcale nie niskie). Jednak patrząc trochę dalej możemy zauważyć coś całkiem innego. I tu się rodzi dziwny problem, bo ta gra nie prezentuje sobą zbyt wiele, nie mówiąc już o społeczności w nią zaangażowaną, a jednak popularność i zyski są dość spore. Czy to znaczy o polskim społeczeństwie? Chyba nie, ale o tym może kiedy indziej napiszę.

Podsumowując: Społeczności w grach komputerowych są rzeczą naturalną i dobrą, ale wg mnie takie grupy są znacznie słabsze od tych zawiązanych przy dobrobycie web2.0. Inną sprawą jest mentalność i choć zazwyczaj większość z nas opiera się stereotypom o ujemnym wpływie gier na umysły ludzi (co jest często prawdą) to jednak warto aby przynajmniej trochę zacząć się zastanawiać nad takim kierunkiem drogi w sieci. Taka forma rozrywki zaczyna przybierać (przybrała już dawno) formę, którą znamy z Internetu, czyli zarabianie. I jest to zarabianie w stylu Google, czyli wszystko za darmo, a pieniądze same przyjdą (chodzi tu m.in. o Second Life).

Jak do sprawy bycia w społeczności graczy podejdziecie to wasza sprawa. Nie neguję osób, które tak lubią się bawić (co chyba widać w tekście), ale najlepiej podchodzić do tego wszystkiego z dystansem, bo takie rzeczy zbyt szybko wciągają. I jeszcze jedno: nie myślcie, że ten problem was nie dotyczy, bo jeżeli nawet nigdy nie postrzegaliście tego jako czynności, którą moglibyście wykonywać, to jest niemal pewne, że kiedyś wejdzie na rynek taka gra/symulator, która was czymś zainteresuje i przynajmniej na jakiś czas wciągnie.

Mam nadzieję, że nikt z redakcji WPROST się nie obrazi, bo użyłem do napisania tego postu fragmentów z artykułu Magdaleny Rychter opublikowanego 28 stycznia 2007r.